Są takie wdrożenia systemu do zarządzania firmą budowlaną, które zostają w pamięci na długo.
Nie dlatego, że wszystko działało od razu idealnie – wręcz przeciwnie, początki bywają trudne.
Na pierwszych spotkaniach z zespołami słyszę często:
„To u nas działało latami.”
„Ludzie się przyzwyczaili.”
„Nie chcemy robić rewolucji.”
I ja to naprawdę rozumiem.
Firmy budowlane żyją w ciągłym biegu. Budowy, terminy, ludzie w terenie, telefony, decyzje „na już”.
Porządkowanie procesów i danych odkłada się na później, bo zawsze jest coś pilniejszego.
A potem przychodzi moment, kiedy zaczyna się porządkowanie – krok po kroku.
Czas pracy, koszty, projekty – takie, jakie są naprawdę.
I bardzo często widzę wtedy to samo: najpierw zaskoczenie, potem cisza, a na końcu ulga.
Bo nagle okazuje się, że:
– nie wszystko było tak oczywiste, jak się wydawało,
– decyzje można wreszcie oprzeć na faktach,
– chaos przestaje rządzić codziennością.
Wtedy wiem, że to był dobry krok.
Nie dlatego, że pojawił się system.
Tylko dlatego, że firma przestała działać „na wyczucie”.
Najczęściej w tym momencie nie pada już wiele słów.
Po prostu zaczynamy pracować na konkretnych danych.
Godziny pracy są policzone, koszty zestawione, projekty bardziej czytelne.
Rozmowy stają się krótsze i bardziej rzeczowe, bo każdy widzi to samo.
To właśnie w tym momencie widać prawdziwą wartość systemu do zarządzania firmą budowlaną:
daje spokój, porządek i pełną kontrolę nad tym, co dzieje się na budowach.
Dla mnie to wystarczający sygnał, że wdrożenie miało sens – zarówno dla właścicieli, jak i zespołów w terenie.
Na podstawie obserwacji i doświadczeń z wdrożeń w firmach budowlanych – Beata Bukowska
